wtorek, 6 grudnia 2022

Dzień 5: Revello

Po dniu wylegiwania się i nieobecności dzieci od samego rana, wybraliśmy się na kolejną wycieczkę. Tym razem odwiedziliśmy Revello - miasteczko położone nieopodal Envie. 

Widok na Revello ze wzgórza, męczącego wzgórza

Piękne skały, pośród których można było znaleźć pomniejsze jaskinie

Widok na Revello z jeszcze większej wysokości

Opuszczona kapliczka zbudowana pod osuwiskiem skalnym

Pierwsza faktyczna wycieczka górska (jedna z wielu) nie była specjalnie męcząca, zapewne przez niezbyt duże tempo marszu. Widoki piękne, temperatura znośna, towarzystwo zadowolone. W ramach nagrody za wysiłek po zejściu z góry zawędrowaliśmy do lodziarni (to już druga), a co do lodów - podobają mi się włoskie ceny, 2.50€ za jedną gałkę, 3.00€ za dwie i 3.50€ - czyli 50 centów za gałkę, a 1.50€ to opłata manipulacyjna, bardzo fajna opcja.

Po powrocie do domu spróbowałem kolejnej nowości i zostałem jej wielkim entuzastą (raz na miesiąc czy dwa również kupuję sobie ten wytwór jaźni ludzkiej). A oto on:


A oto pies namber tri:

Dzień 4: Odpoczynek

Ze względu na awarię jednego z samochodów czwartego dnia wraz z mamą i babcią zostaliśmy opiekunami dzieci. Problem polegał na dość... ograniczonej komunikacji między nami, ale jakoś znaleźliśmy wspólny język.

Jeden z torów przeszkód, który zbudowaliśmy dla Tito i Lei

Reszta dnia minęła spokojnie, wisienką na torcie był wschód czerwonego księżyca, który towarzyszył nam cyklicznie przez kilka kolejnych dni.





poniedziałek, 5 grudnia 2022

Dzień 3: Miasto jak byk

Wczesna pobudka nie obniżyła naszego morale dnia trzeciego, gdyż planem było zwiedzenie Turynu - miasta, które zamieszkuje prawie 900 tys. ludzi. Tego dnia spędzaliśmy czas w polskim gronie (dzieci pojechały do mamy, Matteo do pracy i wybraliśmy się na wycieczkę z moją siostrą jako przewodnikiem). Tak więc zapraszam do samochodu i widzimy się za 70 minut!



Architektura rzuciła się nam bardzo szybko w oczy

Naszym pierwszym (i jednocześnie głównym) przystankiem było Muzeum Egipskie. Po przejściu sal wstępnych, gdzie Włosi podniecali się jak to waleczni nie byli broniąc przehandlowanych dóbr cywilizacji afrykańskiej, dotarliśmy do długiego na kilkadziesiąt metrów papirusu. Nie był on jednak tak poruszający jak bardzo dobrze zachowane mumie.

Mumia nastoletniej kobiety sprzed kilku tysięcy lat

Spacerując pomiędzy salami i piętrami nachodziły nas różne przemyślenia. Z tatą na przykład doszliśmy do wniosku, że życie Egipcjan musiało wyglądać dość podobnie do naszego - biorąc na tapet handel. Wielorakie figurki, naczynia czy ciuchy. Ich rynki nie mogły się zanadto różnić o naszych stoisk, szczególnie z początku lat 2000. 

Jedna z wystaw ręcznie wykonanych figurek,
które (wedle opisu) stawiane były na mogiłach zmarłych

Ciekawym doświadczeniem było zobaczenie nie tylko mumii ludzkich, ale również mumii zwierząt, Egipcjanie traktowali swoje zwierzęta jak członków rodziny, co tym bardziej upewniło mnie i tatę w idei podobieństwa naszych światów.

Mumia małego psa z widocznym fragmentem pyszczka

Po udanej wizycie w muzeum przeszliśmy do zwiedzenia samego Turynu. Miasto piękne, choć brudne. Cały kram niewysprzątanych ulic, nieodmalowanych fresków i odoru wszędobylskich palaczy łączy się w dość nieprzyjemny odbiór węchowy, jednak jeśli przymkniemy na to oko miasto to jest piękne i przyjazne turystom.

Pomniki kawalerii włoskiej pełniącej ważną funkcję podczas I wś.

Z trzeciego dnia najlepiej pamiętam gorąco i duchotę, szczególnie na nasłonecznionym placu widocznym poniżej.


Od tego momentu nasza wędrówka nabrała sakralnego smaku. I nie chodzi tutaj o wyzionięcie ducha przez zbyt wysoką temperaturę. Włochy stoją religią od tysięcy lat. Tysięcy, bo to co za chwilę pokażę wyprowadziło mnie nieco z równowagi.

Piękna rzymska rzeźba z jeszcze "piękniejszym" spruchniałym krzyżem, pożal się boże...

Nie licząc pojedynczych nieprzemyślanych decyzji projektaktów niektórych miejsc to majestatyczne miasto, aż ciężko sobie wyobrazić co odczuwałbym w Rzymie (pewnie jeszcze większy odór, ha). Później odwiedziliśmy pomniejszy kościół zakonny, zobaczyliśmy całun turyński (czy raczej jego wizualizację na ekranie, bo jest chroniony bardziej niż przepis na coca colę) oraz ogród za kościołem z ww. płótnem, gdzie...


...dostrzegłem najciekawsze rzeźby z całej wycieczki! Oczywiście żartuję, ale... mają w sobie coś urzekającego, nieprawdaż? 



piątek, 26 sierpnia 2022

Dzień 2: Aklimatyzacion

Pierwszy dzień wycieczkowo-rekreacyjny, a drugi wyjazdowy, rozpoczął się dość energicznie. Ciężko, aby było inaczej, kiedy towarzyszami podróży została dwójka maluchów. Zanim jednak ich przedstawię...


...muszę pochwalić się moim codziennym porannym widokiem. Zdumiewające, choć może nie aż tak - po zobaczeniu kawałka naszej kochanej planety z lotu ptakolotu zmieniłem delikatnie perspektywę. Nie umniejsza to jednak pięknu natury. 


Wraz z rodzinką zamieszkaliśmy w aktualnym domostwie siostry, jej partnera Matteo przy akompaniamencie Lei i Tito oraz trzech psów. 

Od lewej: Dżidi (ciekawe jak się to pisze?), Dudu oraz Pipo

Dlaczego kota ochrzciłem mianem psa? Wyjaśnię to innego dnia.

Po lunchu znudziło się nam siedzenie i wyruszyliśmy w drogę do miasteczka położonego nieopodal, co ważne - położonego niżej nad poziomem morza (powrót był o wiele bardziej męczący i przede wszystkim dłuższy). Envie to miasto kiwim płynące, choć bywały i sady z innymi drzewami, to ich było najwięcej. Swojski klimat okolicy przypasował wszystkim.

         
Nie jestem fanem robienia zdjęć jedzeniu, także uwierzcie mi na słowo - el Polakko spróbował małży. Nie tylko ja sam, ale również i reszta ferajny (w składzie mamy, taty i babci). Prócz tego do wyboru były ośmiorniczki, krewetki i sardynki (to było najsmaczniejsze... niespodziewane, nieprawdaż?), małże jednakże (zabieg zamierzony) nie przypadły mi zbytnio do gustu.

Poza uzbieraniem orzechów laskowych, spróbowaniu lodów z okolicznej piekarenki, przywłaszczenia sobie dwóch muszelek i zgłębieniu podstawowej wiedzy nt. pszczół, dzień drugi upłynął spokojnie. Ciekawe jaka przygoda czeka nas nazajutrz?



poniedziałek, 22 sierpnia 2022

Dzień 1: Z ziemi polskiej do włoskiej

Nasza podróż zaczęła się kilka godzin przed lotem do Włoch - na lotnisko trzeba było się jeszcze dostać, a że Wrocław jest jakieś 350 kilometrów od naszego miejsca zamieszkania... cóż, chwilę to zajęło.
Na szczęście udało mi się przekonać świtę do przesłuchania kilku rozdziałów audiobooka. Kaliber nie był mały, wybrałem "Kwantechizm: Klatka na ludzi" A. Dragana, książkę o fizyce klasycznej jak i mechanice kwantowej. Zanurzyliśmy się w odmęty ciekawości i niezrozumienia co nie wiem czy wszystkim z nas umiliło podróż, ale na pewno ją przyspieszyło. W końcu prędkość jest względna.
Po odstawieniu samochodu u rodziny i tamtejszym poczęstunku dostaliśmy się na lotnisko. Dopiero kiedy przez gigantyczne okna zobaczyłem z bliska samolot zrozumiałem na co się piszę (tak, to był mój pierwszy raz). Kiedy jednak okazało się, że nasz samolot jest opóźniony stres praktycznie zniknął wyparty przez chęć zakończenia jak najszybciej dnia transportowego.


Arrivederci Polonia!

Stało się, startujemy. Gwoli szczerości - od dłuższego czasu nie czułem tak mocnego podniecenia tym co się aktualnie wydarza i będzie się wydarzać przez kolejne 90 minut. Świat oddalał się coraz bardziej spod moich nóg, a ja nie mogłem oderwać wzroku od małego samolotowego okienka. Jako iż cały czas byłem na kwantowym haju porównywałem to co widzę ze zdobytą wcześniej wiedzą. Ludzie to bardzo ciekawy gatunek. Ziemia to też dość dostojna kulka. Szczególnie kiedy zaczęły się zbierać pod nami niezbyt gęste chmury można było dostrzeć podobieństwa naszego miejsca pobytu i miejsca pobytu ryb (chmury przypominały korony drzew i jednocześnie wielkie skupiska piany morskiej). W końcu czymże jest powietrze jak nie mieszanią gazów, które w odpowiednich warunkach można skroplić, a woda... przecież składa się z tego samego co chmury tylko w innej gęstości. Ach ta fizyka. 

(od lewej/góry: linia horyzontu, góry z chmurkową pierzynką, Murena Powietrzna)
 
Po tej cudownej podróży chciało mi się już wracać, ale nie dlatego, że tęskniłem za domem. Lot był po prostu za krótki. Ale, ale, ale! Jeszcze godzinka z hakiem przez Włochy nocą i będzie można zacząć nowy dzień. 

P.S.
Znaki drogowe we Włoszech są bardzo zabawne.